Shisha Pangma

 

Shisha Pangma to ostatnia góra do kolekcji 14x800 Jerzego Kukuczki. W połowie roku 1987 Jerzemu w końcu udaje się zorganizować wyprawę. Organizacja była niezwykle skomplikowana, Shisha Pangma jest bowiem ośmiotysięcznikiem znajdującym się na terenie Chin. Już zdobycie samego pozwolenia wymagało dialogu na szczeblu politycznym, dochodziła jeszcze kwestia ogromnej sumy pieniędzy, wielokrotnie wyższej, niż w przypadku innych wypraw, do tego wiele problemów organizacyjnych. W końcu na przełomie lipca i sierpnia udało się doprowadzić do wyjazdu. Jerzy ponownie zamierza związać się liną z Arturem Hajzerem. W składzie wyprawy jest jeszcze Wanda Rutkiewicz oraz Carlos Carsolio i kilku innych uczestników.
Droga do bazy prowadzi przez równinę Tybetańską, dzięki temu logistyka jest znacznie prostsza ponieważ niemal pod samą bazę dojechać można Jeepami. Jednak w połowie drogi rodzi się problem:

„— Stop! Stajemy. Tu jest baza chińska.
Gramolimy się zdezorientowani z samochodów, ale nie musimy zbyt długo rozglądać się po okolicy, by zorientować się, że jesteśmy jeszcze bardzo daleko od gór, ledwie majaczących dopiero na horyzoncie.
Z tego co ja wiem, baza jest u samych stóp góry — próbuję wpłynąć na tę trochę zaskakującą decyzję.
— Nieee. Dalej już nie pojedziemy. Tam jest za wysoko, trudno i niebezpiecznie. O zdrowiu też trzeba myśleć — oficer jest nieprzejednany. — Tu rozbijemy bazę i koniec.”

W takiej sytuacji jedynym ratunkiem jest pozostawienie części sprzętu, kucharza oraz oficera łącznikowego wraz z kilkoma pomocnikami. Wyprawa rusza dalej. Po pewnym czasie rodzi się kolejny problem. Otóż Jerzy chcąc ułatwić sobie logistykę postanowił zakupić naftę na miejscu, w Chinach. Problem jest jednak taki, że tutejsza nafta nie działa z nepalskimi kuchenkami.

„I od tej pory wszyscy naprawiamy te cholerne maszynki. My, kierowcy, kucharz. Każdy ma jakąś własną koncepcję.
Jedni, że do maszynek dociera za dużo powietrza, inni, że za mało, że nie jest dostosowane ciśnienie. Jeszcze inni zaczęli do ropy dolewać benzynę. Skutki tych eksperymentów były różne.”

W końcu jeden z „inżynierów” rozwiązuje ten problem dorabiając do maszynki elementy uszczelniające, ale w czasie dalszej karawany zrodził się kolejny problem. Choroba wysokościowa. Transport jeepami posuwa się niezwykle szybko, o wiele szybciej niż aklimatyzacja. W pewnym momencie choroba zmogła prawie wszystkich uczestników.
Najbardziej jej skutki odczuł Janusz Majer:

„Janusz był tak chory, że nie tylko nie było mowy o wstaniu, ale trudno było się z nim dogadać. Majaczył. Zacząłem się bać, że może to być obrzęk mózgu albo płuc.”

Lekarz stwierdził jednak zapalenie żył spowodowane niewystarczającą aklimatyzacją. Na szczęście po sprawnej terapii i transporcie Janusza niżej, udało się postawić go na nogi. Po paru dniach udaje się rozbić bazę, doprowadzić do niej wszystkie transporty oraz wyleczyć ekipę. Zaczyna się właściwa część ekspedycji. Shisha Pangma nie jest trudnym szczytem, ponadto liczy niewiele jak na ośmiotysięcznik, bo zaledwie 8013 m.n.pm. Jerzy zaproponował więc dość niekonwencjonalną ideę wyprawy.

„- Jesteśmy tutaj właściwie na urlopie. Traktujmy to podobnie jak obóz wspinaczkowy w Alpach, gdzie każdy sobie wybiera drogę.”

Tak też się dzieje. Wanda ma w planach dokonać pierwszego kobiecego wejścia, Steve i Alan chcą przejść żleb prowadzący środkiem ściany, Carlos z Elzą i reszta zamierzają pokonać szczyt drogą klasyczną, Jerzy wraz z Arturem postanawiają poprowadzić nową drogę na zachodniej grani oraz zdobyć dziewiczy jeszcze sąsiedni szczyt siedmiotysięczny. Dzielą się na kilka zespołów i każdy z góry zaplanowanym szlakiem realizuje własne cele.
Kiedy Jerzy wraz z Arturem docierają do planowanego obozu I, gdzie rozbijają na początek prowizoryczny biwak, spotyka ich niespodzianka. Określenie „prosta góra” wydaje się w tym miejscu zmieniać swoje znaczenie.

„— Lawina!
I w tym momencie obaj rzuciliśmy się do malutkiego wyjścia z namiotu, jakoś wyrwaliśmy się wreszcie z objęć jego płacht. Widzę sunący w naszym kierunku ogromny biały tuman. Doleciał jeszcze moich uszu jakiś krzyk, ale wszystko
przestało być ważne... Tak jak stoimy, tylko w skarpetkach na nogach, gnamy w tym śniegu przed siebie. Każdy z nas wie to samo: stawką tego biegu może być życie. Ale na tej wysokości, brnąc w śniegu, nie da się biec szybko i daleko.
Po niecałych stu metrach zatyka mnie już całkowicie. Odwracam się i widzę, że biały tuman traci powoli swój impet.
Zwalnia. Ja też... Staję, kiedy ta skłębiona masa śniegu już ledwo się posuwa, powoli zamiera jakieś 50 metrów nad naszymi namiotami.”

Mieli po raz kolejny dużo szczęścia. Następnego dnia z obozu I Artur z Jerzym zamierzają wyruszyć w kierunku swojego pierwszego celu - siedmiotysięcznika Yebokangal Ri. Drogo nie jest trudna i wkrótce osiągają cel.

„Kiedy stajemy na jego wierzchołku, jest przepiękna pogoda, pod nami cały Tybet jak na dłoni. Następuje jedna z tych chwil nie zakłóconych ani nadmiernym zmęczeniem, ani lodowatym wichrem, ani dławiącą śnieżycą. Chwile, które się pamięta jak kolorowe zdjęcie z rodzinnej wycieczki.”

Sytuacja wygląda znakomicie, po zaledwie paru dniach alpiniści zdobyli już aklimatyzację oraz dziewiczy siedmiotysięcznik. Jednak zaraz po zejściu do bazy los się odwraca. Następuje załamanie pogody. Mijają kolejne dni, wyprawa w założeniu miała być bardzo szybka, ze względu na duże koszty każdego dnia. Tymczasem mija już 10 dni, wszystkie wyprawy zbierają się. Sytuacja wygląda źle. Jednak w końcu słońce wraca na niebo i tym samym każdy w swoim zespole rusza w górę. Po pewnym czasie Jerzy z Arturem spotykają zespół idący drogą normalną. Jest już późno, a obydwa zespoły w planie mają zamiar tego samego dnia dotrzeć na szczyt. Jerzy przekonuje kolegów idących drogą normalną, że jest późno, a oni nie mają sprzętu biwakowego i zmuszeni będą wracać po ciemku. Jednak nikt nie daje się przekonać:

”— Nie ma o czym gadać! Mamy latarki! Damy sobie radę — odpowiadają pełni wiary we własne możliwości.
Widzę, że moje przestrogi nie trafiają do nich.
— Jest późno. Czy nie lepiej zejść i jutro, spokojnie, wstać wcześnie i dojść o wcześniejszej porze na szczyt?
Nie skończyłem jeszcze tego całego mentorskiego przemówienia, kiedy widzę, że wszyscy bez słowa ruszyli przed siebie, pędząc ile sił w nogach i płucach w kierunku prawdziwego wierzchołka.”

Jerzy z Arturem są w lepszej sytuacji, idą w stylu alpejskim, więc mają ze sobą namiot. Planują początkowo zabiwakować jeszcze przed szczytem i następnego dnia ruszyć w jego kierunku. Ostatecznie jednak ruszają jeszcze tego samego dnia. Po paru godzinach są już na szczycie. Udało się.

„Nigdy, nawet w najodważniejszych marzeniach, nie mogłem przypuszczać, że epilog rozegra się w tak wspaniałej scenerii.
Stoję przecież na szczycie ostatniego mojego ośmiotysięcznika.
Ostatni paciorek mojego himalajskiego różańca.
Stało się...”

Na szczycie nagrywają obszerny materiał filmowy i ruszają w dół. Ciemność łapie ich bardzo szybko, jednak mają ze sobą namiot. Przeczekują noc i następnego dnia ruszają do bazy. Jerzego czeka jeszcze jedna przygoda. Ponieważ Shisha Pangma należy do stosunkowo łatwych i płaskich szczytów na tę wyprawę postanowił zabrać ze sobą narty. Ma w planie zjechać na nich do bazy.

„Zaczynam zjazd długim trawersem omijającym przedwierzchołek. Śnieg jest głęboki, kopny. Nie widzę swoich nart, momentami posuwam się tak wolno, że wydaje mi się, iż stoję w miejscu. Artur schodzi za mną i dystans między nami wcale się nie powiększa. Nic z tego. Wszystko zamienia się w upiornie ciężką pracę na stoku. Kiedy dojeżdżam do końca plateau, nie jestem bynajmniej dużo wcześniej niż Artur. Cały zysk, płynący z mojego „białego szaleństwa" sprowadził się do tego, że w zjeździe z 8000 metrów na płaskowyż zyskałem nie więcej niż godzinę nad Arturem, który nie jechał, ale w tym śniegu potulnie człapał, jak Pan Bóg przykazał, na własnych nogach.”

W bazie na Jerzego czekają przyjaciele z gratulacjami. W tym momencie jest on drugim człowiekiem na świecie,który osiągnął wszystkie 14 szczytów ośmiotysięcznych. Ponadto udało mu się zrobić to w czasie o połowę krótszym od swojego rywala. Największym jednak osiągnięcie jest to, że szczyty zdobywał w sposób nowatorski, w pięknym stylu, nowymi drogami, solo” lub w warunkach zimowych.

„Czternaście...
Czternaście razy osiem...
Czy coś się naprawdę skończyło?
Nie. Pionowy świat nie kończy się nigdy. Trwa. Czeka.
Ja przecież tu jeszcze wrócę...
Zaraz... kiedyś już tak myślałem. Kiedy?
No jasne! Wtedy, gdy po raz pierwszy przegrałem z Nangą.
To było dawno, bardzo dawno...
Całe czternaście najwyższych gór temu.
Co jeszcze wtedy, po pierwszej porażce, myślałem sobie?
Aha... Że Himalaje też są dla ludzi.
I miałem rację.”

Cytaty zaczerpnięte z książki Jerzego Kukuczki „Mój Pionowy Świat”