Nocna grudniowa refleksja, IN MEMORY...(M.)

Z trudem zbliżałem się stawiając stopę do wioski nepalskiej zwanej Tengboche, leżącej na wysokości 4300 m. a będącej jak gdyby w objęciach AMA DABLAM. I wtedy zobaczyłem światło, intensywny punkt świetlny. Szedłem dalej a on ciągle był, nieco się przemieszczał lecz świecił jak gwiazda. Czyżby to była wskazówka, że tam właśnie powinienem skierować swe kroki? Skierowałem.

Było to miejsce noclegowe, w którym dwa lata temu podczas powrotu spod Chomolungmy, czerpiąc głównie z przestrzeni siły, zatrzymaliśmy się, by odpocząć. Teraz też tu się zatrzymałem, a po powrocie spod Lhotse również. Miejsce to leży dokładnie na wprost primadonny gór Ama Dablam, która rozwarła szeroko swe śnieżno-skalne ramiona, aby mnie znów przywitać. Powabna, jak związana z długim życiem Księżniczka Mandarawa oraz współczująca, jak Zielona Tara powstała z łzy Awalokiteśwary - opiekuna Tybetu, Bodhisattwy.
Współczucia.

W nocy, ta pulsująca góra była jako Mahashakiti - Wielka Wszechbogini, mieszcząca w sobie wszystkie rodzaje energii. Kazała mi nie spać i pobudziła refleksje. Poleciła usiąść i przy świetle kaganka pisać. Nic sie nie dzieje li tylko przypadkiem, chociażby ta tablica: In Memoriam: Rafał Gołda, Czesław Jakiel i Jurek, Jerzy Kukuczka. Posłałem im z miejsca przy tablicy i z moreny z wysokości 5300m. ciepłe impulsy, z modlitw naszej strefy wierzeniowej i z mantr związanych z tym rejonem. Om Ami Deła Hir. Może to im pomoże. Ciałom to chyba nie ale może ich świetlistościom... różnie zresztą w poszczególnych systemach wierzeniowych zwanym.

Dość dziwna sprawa, bo wcale nie zamierzałem tędy pójść, wyruszając z Namche Bazar. Wyszedłem przecież z zamiarem pójścia do Gokyo, czyli pod Cho Oyu. Planowałem, że stamtąd oglądał będę nie tylko Cho Oyu ale i Chomolungmę, i Lhotse, nie licząc licznych 6-cio i 7-mio tysięczników. I cóż się stało? Wyruszyłem zupełnie dobrą ścieżką, później jednak było coś nie tak.

Pojawiły mi się wątpliwości, lecz dwóch turystów wracających do Namche rozwiało je mówiąc, że idę dobrze. Ale gdy krocząc w stronę wdzięczącej się znów co jakiś czas Ama Dabiam, mocną stromizną dotarłem do Tenghoche, nie miałem już wątpliwości, że na pewno nie idę w stronę Gokyo. A może to tu miałem właśnie pójść? W takim razie, jeśli puści pogoda, kondycja i zdrowie, to pójdę pod Lhotse, pomyślałem. W hoteliku, w którym stanąłem niedaleko klasztoru w Tengboche było tak zimno, że przy dodatkowym kocu, puchowym śpiworze, nic nie mogłem z siebie ściągnąć, łącznie z kurtką puchową, aby móc zasnąć. W wypoczynku przeszkadzały mi jednak również jakieś nosowe sączenia i chyba tylko kaszel, miałem nadzieję, że to się nie będzie dalej rozwijać. Dalsze nocne myśli przy Ama Dablam przypomniały mi późniejszy marsz, w górę i w dół i znów w górę, a 7 grudnia stąd właśnie wyszedłem ku lodowcom Nubtsei Lhotse, chcąc z bliska przyglądać się ich długim jęzorom. Niestety jednak, gdy krocząc żwawo, bo z lekkim plecakiem, po ponad dwóch godzinach dotarłem do miejsca, gdzie małe lodowczyki i skały 6 i 7 tysięczne zwały się prawie przede mną, wiedziałem już, że trzeba było wcześniej skręcić całkiem w prawo, bo teraz liczne i rozległe moreny nie pozwolą mi już nic zmienić ani naprawić. Jedna z takich wysokich moren była właśnie w moim zasięgu. Wdrapałem się na ten rozległy, około pięć tysięcy trzysta metrowy pagórek i oto otworzył się przede mną niebywały widok. Wielki rozległy lodowiec którym mógłbym, jak się wydaje dojść do bramy wiodącej pod Lhotse, gdybym po osunięciu się z bardzo urwistej w stronę lodowca Ściany moreny, dał się rady pozbierać.

Doprawdy wspaniale prezentowały się z tej strony; na wprost dwa szczyty Lhotse, z lewej Nubtse, a z prawej rozległa grań 7- tysięczników i dalej w prawo urokliwa, choć inna od tyłu, lecz wciąż ta sama: AMA DABLAM. A tam gdzieś jeszcze wyżej, powyżej szczytu Lhotse, nagle obsunął się Jurek, ale czy musiał w taki sposób tu pozostać? Co go tutaj kolejny raz tak bardzo mocno przyciągnęło? przecież wcale nie miał potrzeby wciąż na nowo tak ekstremalnie się sprawdzać. Takie myśli ulatywały z tej moreny, a ja nią dalej kroczyłem, chociaż wydaje mi się, że ze znacznie zwiększoną uważnością. Zadałem sobie pytanie: na ile człowiek gór w trudzie i znoju, poza granicami zwykłej wytrzymałości, dolegliwościami zawsze jakimiś nękany może poczuć, może doświadczyć, że jest znikomą ale wyraźną cząstką natury i przyrody, a w swoim wnętrzu cząstką wszech rozległej świetlistości i na to również nie znalazłem wyczerpującej odpowiedzi.

Najwyższa zasada zwana w niektórych systemach Bogiem, musi bez wątpienia ogarniać wszystko i musi zawierać również świetliste właściwości, co najczęściej człowiek intuicyjnie czuje skażenia cywilizacyjne i niewiedza, jak również błędne pojmowanie roli człowieka: iż np. ma sobie czynić ziemię i wszystko poddanym, nie pozwalają niekiedy na wyraźniejsze doświadczenie łączności ze wszystkim istotami i całą ożywioną przyrodą. Nie pozwalają na integrację z naturą i uniwersalistycznymi wartościami, czemu wcale nie musiałby przeszkadzać równoległość postępu i akademickiej wiedzy. Bez takiego zakresu odczuwania na ogół nie ma przesłanek aby móc egzystować w warunkach właściwej psychofizycznej równowagi.

Ludzie gór często jednak mają poczucie jedności z naturą inne, niż jak pisuje prasa, że oni góry zdobywają. Wędrowcy są z tymi górami, a trudy pokonują z dużą zaciętością. Z szacunkiem i pokorą brną coraz wyżej i wyżej, żywiąc się ciągle radością istnienia. Również i ja wielce raduję się z przebywania w tych miejscach mimo, że nieźle byłem obolały, spuchnięty od słońca, brzydko kaszlący i zwycierany, ale nie do granic. Niekiedy wędrowałem całkiem wyciszony, z szeptaną lub w myśli wibrującą mantrą, czasem jak w transie lecz z ciągle obecną uważnością tego co jest.
Niebieska przestrzeń, białe góry, świetlne jakieś refleksy, które słońce daje, wszystko to jest ciągle obecne, jakby przejawiała się mocniej, gdy sobie tak w miarę swobodnie wędrujemy.
Wspinacze, sherpowie, wędrowcy... właśnie teraz znów coś zrozumiałem.

W wieczór przed tą nocą, późno całkiem jakiś ogorzały, wyszczuplały, spooraną zmarszczkami twarzą włóczęga wszedł do tej izby, co to piec na środku i każdemu z nas siedzących oddzielnie się ukłonił i rzekł: oglądam się, wyglądam właśnie na przyjaciół... I zaraz poszedł sobie, zniknął tak niespodziewanie, jak przybył. Ja teraz dopiero uzmysłowiłem coś sobie i prawie na głos do niego powiedziałem: witaj, witaj drogi przyjacielu. Pozdrawiam Cię sterany drogą i życiem wędrowcze.

Także tego wieczora, w tym wskazanym mi miejscu gdy zachodni młodzian wędrujący po górach z tragarzem, przeszedł po raz drugi w butach po posłaniach gospodarzy, powiedziałem: młodzieńcze przecież to nie jest dla twych możliwości wielkich turystyczna droga. A młodzieniec ten był poza tym na prawdę sympatyczny i chyba poszukujący, bowiem dużo, wiele coś notował. Z tym, że musiałby on jak się zdaje długo terminować u takiego jak wspomniany wcześniej wędrowiec. Może tego młodzieńca zbyt wypaczają pieniądze jako, że jest z bogatego zachodu? Chociaż ludziom dalekiego wschodu pieniądz też już znacznie zakłóca równowagę. Chociażby sympatyczny nepalski gospodarz, widocznie już staje się niecierpliwy w kwestii dorabiania się. Może to go zawieść czasem w jakiś układ. Nierównoważny, tak jak przypomniał mi się z przed 2 lat. Sympatyczny przewodnik sherpów, któremu później, jak on sam stwierdził współczująca Zielona Tara, pobudzając w nim tkwiące wartości, uratowała życie. Gospodarzowi tego domostwa też podarowałem Tary wizerunek, jako że rozglądał się już za jakimś symbolem, przyglądając się moim zdjęciom, wizerunkom i tekstom. Niełatwo ingerować się ze mną rzeczywistością zwłaszcza w zetknięciu z innymi. Z istotami ludzkimi jakimi oni są i okazywać im w niezauważalny sposób jakiś potrzebny im rodzaj współczucia, czy to w rozmowie, dyskusji, czy to przy pomocy stosowanego znalezienia się w danej sytuacji.

Gdy meandrowałem granią moreny, gdzie każdy źle postawiony krok mógł znacznie obsunąć mnie w pionie, czułem się jak na wspinaczce. Chociaż wspinacze, jak mi się wydaje mają jeszcze większe doświadczenie i psychofizyczną odporność i mają na szczęście czasem wielkie szczęście. I dla tego chodzą wciąż dalej i wcale nie są oni jak sądzą niektórzy, tacy "kamikadze".
Wspomniały mi się pod koniec tej nocnej refleksji rozliczne drogi i bezdroża Zanskaru i Ladakhu wiodące przez Shangri La - krainę tysiąca przełęczy i co jakiś czas znajdujące się tam kamienie mani, na kopczykach, na stupach lub długich modlitewnych murkach. W kamieniach, na których wyryte są modlitewne słowa zawarte są, jak sądzą mantrujący wędrowcy, wielkie mocne i szczególne jakieś energie. Gdy wędrując, dokładamy swój kamień z dobrą myślą i intencją, zwiększamy moc tych wskaźników drogi dla pożytku czujących istot tego i wszystkich rejonów.

Do kopczyka przed tablicą In Memoriam... w Chiukung i ja odłożyłem kamień

 

M.