Lhotse

 W roku 1979 Gliwicki Klub Wysokogórski organizuje wyprawę na Lhotse. Jerzy Kukuczka zostaje zakwalifikowany do jej składu. Było to ważne wyzwanie dla Jerzego, ponieważ od dłuższego czasu wlekła się za nim opinia alpinisty niesprawdzającego się na dużych wysokościach. Jednak jego ostatnie ambitne osiągnięcia w Hindukuszu zachęciły kierownika wyprawy do włączenia Jerzego w jej skład.
Wyprawa jest zadaniem niezwykle ambitnym organizacyjnie oraz kosztownym. Milion, czyli ok. 200 średnich miesięcznych pensji - tyle kosztuje wyprawa. W polskich realiach lat 70-tych zdobycie takiej kwoty nie jest łatwe, ale alpiniści znajdują sposób...
 
„Jest rok 1978. W gabinecie wisi na ścianie godło państwowe, obok biurka stoi rachityczna paprotka, w oszklonej szafce na półce kilka tomów dzieł Lenina.”
A przez okno widać wielki, stary komin. (...)
 
— Ciekaw jestem, ile też czasu panowie na to potrzebują?
Za oknem widać ten potężny, chociaż już mocno odrapany komin, patrzymy w jego kierunku i kręcąc głową,
wykrzywiając przy tym usta w podkowę, mówimy:
— Ze dwa tygodnie. Może dalibyśmy radę i w tydzień.
— Tydzień? — dyrektor poprawia się w fotelu, jest wyraźnie rozbawiony. Punkt dla niego. — Tydzień, wiecie, nie
wystarcza, żeby postawić samo rusztowanie...
— Bo my malujemy bez rusztowań.
— To jak?
— Na linach...
 
Prace wysokościowe stały się w tych latach najpopularniejszym sposobem „organizowania” pieniędzy na drogie himalajskie ekspedycje. Ale zdobycie pieniędzy to nie wszystko, wyprawa musiała zdobyć jeszcze specjalistyczny sprzęt, ubiory puchowe, zapasy żywności i przede wszystkim dolary. W latach 70-80 żadne z tych zadań nie było proste. Sprzęt, który na zachodzie produkowały wyspecjalizowane firmy, na surowych atestach w Polsce wytwarzany był w zaprzyjaźnionych kuźniach, kurtki puchowe produkowane były specjalnie na wyprawy, a proces ich powstawania zaczynał się u hodowcy gęsi, do tego jedzenie na kartki i ograniczone ilości dolarów, które każdy uczestniku mógł wymienić.
Nie mniej jednak wyprawa na Lhotse pod kierownictwem Adama Bilczewskiego wyruszyła. Po dotarciu do bazy, część alpinistów proponuje Bilczewskiemu próbę ataku Lhotse nowym, nieprzebytym jeszcze wariantem. Jednak kierownik w obawie przed porażką decyduje się na prostszą, klasyczną drogę. Dla części alpinistów jest to jednak zadanie zbyt mało ambitne, toteż rodzi się pomysł, aby górę zdobyć bez użycia tlenu. Początkowo na ten wariant decyduje się czwórka alpinistów.
Po kilkunastu dniach zmagań z górą alpiniści dochodzą do obozu IV, z którego chcą przeprowadzić atak szczytowy:
 
“ Wstajemy rano i jest absolutnie najwyższa pora, by jasno sobie powiedzieć jedną rzecz, być może najważniejszą.
— Co z tym tlenem?
Andrzej Czok był twardy od samego początku, więc nie zaskoczył nikogo z nas, mówiąc:
Ja idę bez.
Nie będę ryzykował. Zaraz włączam aparat — oznajmia Skorek.
Ja też — mówi sucho Zyga.
Ja wykombinowałem wyjście pośrednie. Bez słowa biorę na plecy całą aparaturę, butlę i maskę, które ważą w sumie około 10 kilogramów, ale postanawiam nie podłączać się do tego wszystkiego. (...)
Pierwsi ruszają Janusz i Zyga. Po godzinie marszu widzę, że zostaję za nimi w tyle tylko trochę i różnica nie jest bynajmniej niepokojąca. Nadchodzi więc moment, w którym decyduję się i mówię do Andrzeja:
— Wyrzucam ten balast...
Zostawiam w śniegu butlę tlenową i już lżejszy ruszam dalej.
Po trzech godzinach różnica odległości rośnie. Wyprzedzili nas o godzinę. Byliśmy już powyżej 8 tysięcy metrów. (...)
Powolutku, powolutku... Dziesięć kroków, odpoczynek, w czasie którego zwisam całym ciężarem na wbitym w
śnieg czekanie tak długo, aż się uspokoją płuca. Znowu dziesięć kroków.
Zaczyna się ten rytm walki na wysokości. Liczę dziesięć kroków, na które nastawiłem „zegarek" własnego organizmu,
po chwili zmuszam się do następnych dziesięciu. Najgorzej jest poddać się i usiąść, bo „zegarek" przestaje działać.
Wtedy gubi się ten zbawczy rytm bezpowrotnie, a kolejne „nakręcenie" trwa bardzo długo.”
 
Całej czwórce udaje się osiągnąć szczyt. Jest to pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty przez Jerzego Kukuczkę. Góra w jego karierze wyjątkowa, powracająca wielokrotnie, pierwsza i ostatnia...
 
* Cytaty zaczerpnięte z książki Jerzego Kukuczki „Mój Pionowy Świat”